_Rozmowa |dodano 2009_01_25 10:47:22
 

_[administrator]

 

Rozmowa
Jakby
mnie nie było

rozmowa z Marcinem Muthem - poznaniakiem
z Puszczykowa, mieszkającym w Krakowie, właścicielem Radosnej Twórczości, dyrektorem kreatywnym Eskadry, redaktorem Warzywa (blog), filozofem. Członkiem SLR.


Rafał Betlejewski: Kim Ty jestes?
Marcin Muth: Interesujące pytanie. Kiedyś uważałem się za pożądnego, prostodusznego człowieka, potem za dziwkę z zasadami, która za odpowiednią kasę daje dupy, ale nie robi loda bo nie, a dziś czuję się jak wegetarianin na polowaniu. Formalnie można bytowi o nazwie "Marcin Muth" przypisać jakieś tam opisy, ale żaden z nich nie oddaje jego istoty. Nie potrafię odpowiedzieć sensownie na pytanie "kim ja jestem?". Jestem bowiem kimś, a jakoby mnie w tym kimś nie było, albo przynajmniej nie chciało być. Trochę jakbym w ogóle nie przyjmował do wiadomości faktu,
że jestem.

RB: Jednak jesteś,
bo myslisz, jak uczy filozof. Więc powiedz, co myślisz o rekalmie? Jako dyrektor kreatywny i jako prostoduszny człowiek?
MM: Z tym myśleniem to nie do końca jest tak. Po "Matriksie" dla wszystkich jest już jasne, że nie wystarczy myśleć, żeby być. Można powiedzieć właściwie tylko "myślę, więc myślę" albo "jestem, więc jestem", ale oba stwierdzenia są bardzo ryzykowne.
Z początku reklama była dla mnie zjawiskiem dość głupkowatym, ale jednak intrygującym. Zwłaszcza, gdy odkryłem, że silnie działa na emocje. Wtedy oglądałem reklamy w tv jako zwykły, nieświadomy konsument. Nie miałem pojęcia, kto je robi i po co. Większość z nich była do dupy. Jak te seriale dla wszystkich i dla nikogo. Ale zdarzały się takie spoty, które jakoś tam na mnie działały.

Najbardziej pamiętam spot Ery z taką wsączającą się w duszę melodyjką oraz ciepłymi tekstami wypowiadanymi przez różnych dziwaków. Trafiła w jakiś czuły punkt mojego ówczesnego ja. A przecież to była tylko reklama. Potem się bardzo zdziwiłem,  jak po studiach trafiłem do pierwszej pracy i gadałem sobie z gościem, który to nakręcił. Okazało się wtedy, że reklamy robią dość ciekawi ludzie. Ciekawsi nawet od tych, których spotykałem na filozofii.

Uderza mnie rozdźwięk między bogactwem osobowości twórców reklam, a banalnością ich produktów.

Jak już zrozumiałem, na czym to polega, przestałem się dziwić i zacząłęm zachowywać tak jak oni. To znaczy zaakceptowałem schizofrenię. W pracy jak najlepiej starałem się wykonywać obowiązki propagandysty, a po pracy podkopywałem system, który w pracy wzmacniałem.
W końcu zdałem sobie sprawę,  że to chyba się kupy nie trzyma. Zacząłem główkować i zrozumiałem, że nic nie rozumiałem.

Absolutyzowałem reklamę i obwiniałem o wielkie zło. Tak jak niektórzy ludzie absolutyzują agentów i przypisują im winę za system totalitarny. A to bardziej skomplikowane. Reklama jest tylko jednym z języków opisujących świat. To właściwie świat sam
w sobie. Jak świat religii na przykład. Alternatywna rzeczywistość, gdzie wszyscy się uśmiechają, mają uprane rzeczy i pozbywają się wzdęć. Nie reklama jest zła, ale jej absolutyzacja. Oczywiście, najgorsza jest dysproporcja sił. Reklamy robią bardzo bystrzy ludzie, a oglądają gapcie. Gapcie łapią się na to, co im bystrzy naściemniają. Są bezbronni jak opozycjoniści wobec policji politycznej. Nie zawsze jednak silniejszy jest zły, a słabszy dobry. Żal mi gapciów, ale wiem, że gdyby mieli środki robiliby to samo, albo coś gorszego.

Nie zmienia to jednak faktu, że reklama nie jest niczym dobrym. Jest dość niepotrzebną opowieścią o wymyślonych potrzebach. Tandentną mitologią codziennego użytku.

Tak o niej myślę w domu. Bo w pracy jest pracą. A pracę trzeba wykonywać najlepiej jak się potrafi. Tak przynajmniej uczą w Poznaniu. Ale wiadomo, że takie podejście nie jest najrozsądniejsze, o czym przekonali się Niemcy w czasach hitleryzmu. Nie można bowiem abstrahować pracy od sensu pracy. A jaki jest sens reklamy? W najlepszym wypadku, to niewinna zabawa w ciepło-zimno. A w najgorszym to się boję pomyśleć.

Kiedyś myślałem, że wybór: praca w reklamie czy praca na uczelni lub w redakcji to wybór między dobrem a złem. Jak u Fasusta. Albo dolce vita, rzucanie kamieniem filozoficznym albo czysta dusza i ciągłe szukanie nieznajdowalnego. Ale dzisiaj jestem już starszy i głupszy. Wiem już, że reklama nie jest ani gorsza ani lepsza. Jest trudniejsza, bo trudniej w niej zrobić coś sensownego.

RB: Ciekaw jestem, czy znajdujesz dla siebie rozmówców? Czy kiedy biczujesz sie w ten sposób Twoi koledzy z branży spoglądają na Ciebie ze zrozumieniem, czy ze zadziwieniem?
MM: He he, chętnie ze mną gadają. Nawet nie wiem po co, ale to robią. Większość myśli, że się zgrywam. Część traktuje jak nawiedzonego proroka, a część ma mnie za cynicznego gracza, który się sprytnie chowa za filozficzną gadką. Jeszcze inni mnie “awansowują” na stanowiska, które tylko umacniają chęć samobiczowania. Ze zrozumieniem się nie spotkałem, ale ze zdziwieniem też chyba nie. Czy w polskiej reklamie kogoś jeszcze coś może zdziwić?

RB: A gdzie sie teraz gada? Chodzicie gdzieś do baru, czy w domu? Pijecie wódkę czy piwo?
MM: W Krakowie jest stary zwyczaj gadnia w kawiarniach i innych knajpach. Tu się stale idzie na jakieś piwo, jedzenie, kawę albo się siedzi na piwie, jedzeniu, kawie, albo wraca z piwa, jedzenia, kawy. No i w pracy się dużo gada, bo przecież robota nie zając (to też stary krakowski zwyczaj).

RB: A jak myslisz, może ta skłonność do biczowania się wynika z niespełnienia?
MM: Oczywiście, przynajmniej w dużej części. Jest to jednak, niestety, głębszy problem. Niepokoi mnie to zjawisko (reklama) w perspektywie metafizycznej. Podobnie jak niepokoją mnie zjawiska typu: prostytucja, terroryzm, wyzysk etc. Trochę się obawiam, że przykładam rękę do czegoś bardzo niedobrego. Dlatego ciągle kombinuje jakby to zło naprawić. Niespełnienie wynika właśnie stąd, że jeszcze nie znalazłem w sobie tej energii.

RB: Wybacz, ale nie rozumiem, o jaką naturę "metafizyczną" tu chodzi? O co Ci chodzi, Marcinie?
MM: Posłużę się przykładem z historii. Zaraz po tzw. II wojnie światowej Polską zaczęli rządzić komuniści. Aby jako tako zapanować nad antykomunistycznym
i antyrosyjskim społeczeństwem potrzebowali skutecznej propagandy. Z nieba spadli im polscy pisarze, filozofowie, intelektualiści, dziennikarze, satyrycy etc. którzy dość powszechnie poparli nową wizję sprawiedliwego świata. Poparli i zrobili dużo, aby ją rozpropagować. Takie nazwiska jak Konwicki, Kołakowski, Iwaszkiewicz, Szymborska, Schaff, Ważyk, Tuwim, Baczko, Andrzejewski, Gałczyński, Broniewski, Borowski itd. Cały ten panteon z wielkim zapałem zaczął wspierać nowy ład. Po latach większość z nich wstydziła się swojego zaangażowania bardzo
i zrobiła bardzo wiele, aby naprawić wyrządzone zło.

Nie bardzo widzę powód, aby propagandyści kapitalizmu mieli skończyć inaczej. Wydaje mi się, że tak jak nasi dziadkowie popełnili błąd otumanieni ideą społecznej równości, tak obecnie wiele światłych umysłów ulega pokusie taniego konsumpcjonizmu.

Nie mówię, że każda reklama jest zła, tak jak nie była zła każda partia socjalistyczna czy nawet komunistyczna. Zła jest każda absolutyzacja. A my żyjemy i swoimi talentami służymy absolutyzacji konsumpcji. Metafizyka w tym przypadku to nic innego jak rachunek dobra i zła. Skala zjawiska wpływa na to, czy mamy do czynienia z igraszką dziejów czyli modą czy też z destrukcyjną religią. Dzisiaj markety zaczynają spełniać rolę kościołów, a pracownicy działów marketingu i agencji reklamowych - kapłanów. To jest takie oświecenie a rebours.

RB: A nie masz wrazenia, ze reklama jest po prostu czescia pewnej szerszej całości związanej z demokratyzacją komunikacji? Tą czescią sprofesjonalizowaną? I że przyklejanie łatek etycznych do tej calej kategorii komunikacji jest rodzajem ideologicznego faszyzowania? Inaczej mowiąc, że reklama jest wystarczajaco różnorodna i pojemna, by etyczny dyskurs zawierać w sobie raczej niż być jego przedmiotem?

MM: Trochę tak właśnie myślę. Dość koślawym językiem wyraziłem to w odpowiedzi na jedno z wcześniejszych pytań. Faktycznie reklama jest tylko częścią świata, a właściwie światem samym w sobie. Takim rodzajem świata idealnego. Jest jak Olimp dla starożytnych Greków. Świat, który nie istnieje realnie, ale ludzie są przekonani, że istnieje.

Ja nie twierdzę, że ten świat jest zły. On sam w sobie nie jest ani dobry ani zły. On jest używany w dobrej lub złej wierze. Kiedy zła wiara wygrywa z dobrą pojawia się problem. Demokratyzacja komunikacji to taki sam byt idealny jak wolny rynek albo sprawiedliwość społeczna. Można sobie wyobrazić, że służy czemuś dobremu i że zostaje wypaczona. Tak jak z demokracją w ogóle. Rodzi społeczeństwa obywatelskie, ale rodzi także potwory w rodzaju Hitlera, Mussoliniego, Haidera czy rządy operetkowe, ale też niebezpieczne jak Berlusconi, Lepper, Giertych, Putin.

Jeszcze lepszym przykładem jest internet. To jest dopiero demokratyzacja komunikacji. I wyobraź sobie, że taki Google wykorzystuje zebrane o nas informacje do jakichś niecnych celów. W reklamie jest o tyle niefajnie, że nie masz świadomości dla kogo pracujesz. Robisz kampanię dla Ikei, nie mając pojęcia o indonezyjskich fabrykach, gdzie dzieci rżną te ich dechy. Dobre to czy złe działanie? A reklama Coca-coli, która wspiera MKOL, który organizuje w Chinach olimpiadę, podczas gdy w Lhasie i Urumqi giną ludzie? A reklama nieświeżej kiełbasy w hipermarkecie? My jesteśmy tylko trybikiem maszyny, której nie rozumiemy i na którą mamy bardzo ograniczony wpływ. Ja nie występuje w roli sędziego. Być może moje obawy są niesłuszne. Mam jednak wewnętrzny problem z uczestniczeniem w tym porządku. Problem jednak nie na tyle dojrzały, aby się wycofać. Na razie widzę problem, a nie widzę rozwiązania.

RB: OK, żeby to jakoś spuentować, powiedz mi, jak widzisz w takim razie modelową postawę osoby twórczo zaangażowanej w reklamę?
MM: W "Trans-atlantyku" Gombrowicza jest dobre zdanie: "jakże ja bym śmiał coś w dzisiejszych czasach mniemać albo i nie mniemać". Nie śmiem narzucać jakiegoś modelu. Każdy idzie swoją drogą jak śpiewa Sinatra. Mogę powiedzieć jak ja się w tym burdelu ustawiam. Traktuję to czysto profesjonalnie. Wykonuję zadania, wywiązuję się z obowiązków i staram się to robić najlepiej jak umiem. Pilnuję jednak, aby się nie wpierdolić w jakiś syf typu reklama papierosów czy program badawczy dla lekarzy, w którym chodzi tylko o zakamuflowanie łapówki w postaci laptopa:) Mi jest o tyle łatwiej to robić, bo nie wiążę z tą branżą żadnych ambicji twórczych. Nie kręcą mnie nagrody w Cannes, Archajwy i słynna przerwa w finale palanta.
Jestem jak żołnierz do wynajęcia. Nie potrzebuję idei, jakiegoś szczytnego celu, robię to tylko dla pieniędzy.

I tylko do czasu, kiedy to ma sens.